Jaki jesteś..?

Costa, Chris i ja… Poznaliśmy się kiedyś w  Zachcianku.
Łączy nas miłość do koni, wolności i bluesa…

Grafika: Chris Wadecki

Jesteś
jak mgła,
Widzialny lecz ulotny,
Jak wiatr
Co wpadł i pognał dalej.
Jak fala
Przypływający i uciekający.
Jak słońce
W chmurach i na czystym niebie.
Jak oddech
Wypełniający piersi i znikający
Jak dotyk
Ciepły i czasem szorstki
Jak puls
Szybki i spokojny.
Jak Ty
Taki, a nie inny.

(Costa)

 

 

Reklamy

Marcel

 
Najpiękniej o Marcelku opowiada jego mama Kasia…
Pozwoliłam sobie więc zacytować moją córkę…

„Autyzm ma różne oblicza – powiedziała mi.
Upadłam już chyba czternaście razy, ale to
nie jest ważne… Ktoś nam synka zaczarował…

Marcelek zasnął.
Ma przyjaciela Włóczykija. Ożywia go.
Włóczykij wspina się po drzewach a jak spadnie
z gałęzi – płacze- i wtedy Marcel zakłada mu plaster….
Przyjaciel synka nie cierpi na brak doznań:
je doda (loda) i kukiki (kukurydzę), czyta,
patrzy przez okno, ogląda bajkę (bahu), skacze…
Dzisiaj razem robiliśmy placki z dyni.
Mój czteroletni pomocnik sypał z zapałem;
z pasją w oczach kukurydzianą mąkę i mieszał ciasto.
Dzieci w przedszkolu Marcelka wypowiadają słowa
modlitwy przed jedzeniem ; trzymając się za ręce :
,, Boże; Ty stworzyłeś wszystko,
co tylko jest pod niebem; abyśmy byli silni –
– karmisz nas swoim chlebem. ”

Przedszkole jest waldorfowskie…
Malowanie akwarelami wygląda jak wstęp
do medytacji. Dzieci mielą też młynkami ziarna
na mąkę, by później upiec z nich bułki.
Marcelek ma problemy z adaptacją.
Trudno mu odnaleźć się w tak liczniej grupie.
On nie lubi tłumu…

Tak nam dni mijają. Wieje wiatr, a my
jeździmy na rowerze.
Dmuchamy pióra i bawimy się w dom.
Synek dzisiaj był z tatą na spacerze.
Zobaczył kwiatki fioletowe,
powiedział: mama ( że to dla mnie )
i ofiarował mi je kiedy przywędrowali do domu… „

– Kocham Cię Marcelku…

Dobranoc…

– Dobry wieczór Fabi… przesyłam Ci pomysł
na zwrotkę do piosenki Wasowskiego – Przybory
Taki chochlik ku czci moich ukochanych
Starszych Panów. Melodię znasz, to zanuć sobie…

Dobranoc niewiasto,
Miłosnej ballady bądź dźwiękiem.
Dobranoc… rumieńcem
mnie czaruj i wdziękiem.
W zaciszu  alkowy przed tłumu
spojrzeniem ukryci.
Wtuleni, złączeni,
obcości wzajemnej wyzbyci,
W uczuciach błękicie bez lęku
Policzek swój skryj.
Dobranoc ma Miła… Już śpij… już śpij.

– Może tak codziennie kilka strof na dobranoc..?
Wtedy ja wymyślę muzykę i stworzymy kiedyś
dzieło, które cały świat powali na kolana…

– Hmm… Już taki duet był…Wiesz, że
Wasowski i Przybora na początku kłócili się?
Przybora chciał klasycznie, normalnie… czyli dostać
muzykę i napisać do niej tekst.  A Wasowski… o nie!
– Pisz teksty a ja będę do nich układał muzykę.
No i stanęło na wariancie Wasowskiego… Ale oboje
byli geniuszami. Lepiej więc z nimi nie konkurować.

– Tak tylko żartowałam… Gdzie mi tam do takich talentów.
Dziękuję za wiersz… Dobranoc, dobranoc mężczyzno,  już czas na sen…

Kołyska

 

 

Gdzie się podziewałeś..? Od kilku dni Cię nie widzę… żyjesz?

– Póki co, lusterko przyłożone do moich ust zachodzi mgłą
znaczy się, żyję. Karawany pogrzebowe na razie zapełniają inni.
Kwiaty na moim przyszłym grobie dopiero w fazie nasion są.
Nucę sobie nawet Chyłę – O Fabiollo, Ty moja dollo i niedollo.
Kocham takie kobiety, jak Ty… muzyczne, uduchowione, poetyckie

– Co do mojego uduchowienia i poetyczności to chyba trochę
przesadzasz, mnie tylko czasami tak nachodzi, dziwna nostalgia
za czymś, czego tak naprawdę określić nie potrafię…

-Ja natomiast dzisiaj nie jestem w nastroju do wspominek.
Zresztą większość mojego życia związana była z wędkowaniem,
tej pasji w pewnym sensie poświęciłem młodość i dorosłość. A to
nieciekawy temat dla kobiety. Już nie wędkuję, chyba wypaliła się ta pasja.
Jak widzisz, dzisiaj nie jestem w nastroju kpiarskiego Dyla Sowizdrzała.
Ale przecież nie da się grać wciąż na jedną nutę,  prawda Muzyczko miła..?

– Dlaczego sądzisz, że pasja, której poświęciłeś młodość i dorosłość
może być nieciekawym tematem dla mnie? Kto wie, może kiedyś tam,
w bliskiej lub dalekiej przyszłości wybierzemy się razem na to wędkowanie.
Ty będziesz łowił a ja patrząc w niebo będę snuła marzenia o niebieskich,
no może zielonych migdałach…

– Wiesz… miałem kumpla wędkarza z którym zjeździłem kawał Polski,
wiedziony największą onegdaj pasją mego życia – łowieniem pstrągów.
Szukaliśmy ich wszędzie, od gór po Bałtyk,  jak czasem popiliśmy a
zdarzało się… owszem, to snuliśmy marzenia, że kupimy chatę w
Bieszczadach, nad Zalewem Solińskim i będziemy łowić ryby ciesząc
się wolnością.  Żywić mieliśmy się w założeniu tak, jak to mówił ten biedny,
stuknięty osiłek z  „Myszy i ludzie”  Steinbecka  – ” tym, co ziemia daje”…
Skończyło się niewiele lepiej,  niż w książce.  Kumpel rozpił się totalnie,
ja wprawdzie nie ale plany poszły w niepamięć.  Miewałaś podobne marzenia?

– Tak , miałam… W górach chciałam zostać na zawsze,  nawet
wierzyłam, że to się uda. Ja miałam nieco inny dylemat,
w których górach ostać się na zawsze..?  W Tatrach, może w
Karkonoszach, kusiły też Beskidy Popradem i przepiękną Wierchomlą.
Ech, teraz ja się rozmarzyłam,  jak ja kocham te góry, nawet sobie
nie wyobrażasz,  mieszkałam tam tyle lat, nie jestem w stanie pojąć do
dziś dlaczego je opuściłam. Och młodości durna i chmurna!
Jak sobie przypomnę, że kiedyś sama, samiuteńka zimowałam w chatce,
bez kontaktu z ludźmi przez prawie dwa miesiące, bo przez śniegi nikt
dotrzeć nie mógł… Miałam książki, puszki z jedzeniem, mrożony chleb
i na szczęście radio. Wywołałeś temat rzekę a pstrągi srebrzyste piękne są…

– Jak Ty w górach, tak ja przeżywałem piękne chwile nad wodami.
Ojciec był żeglarzem, spędzaliśmy wakacje na żaglach i spływach
kajakowych. Woda czyni takie same cuda jak skalista góra. Pamiętam
te rejsy, czasem w groźnej kipieli, czasem w wieczornej flaucie
i te zatoczki na nocleg i wyspy, podniecające swą izolacją od świata
i ten pokład łodzi cudownie uginający się pod stopami i te świty pełne
mglistych oparów… Czasem myślę,  że widziałem tyle cudownych rzeczy,
że nie żal mi byłoby umierać. Bo czy można jeść i jeść i jeść bez końca..?

– Można, przecież nic nie jest takie samo, świty i zmierzchy są
niepowtarzalne. Tylko, że my rzadko zatrzymujemy się na chwilę, zagonieni,
zajęci polepszaniem bytu, ciągłym zbieraniem rzeczy niepotrzebnych.
Można i trzeba jeść, zachwycać się kwiatem, jeziorem, rozmową…
Kto wie ile nam jeszcze czasu pozostało. Nie chciałabym niczego przeoczyć,
ale to takie trudne. Rozprasza mnie tyle RZECZY.  Nawet nie wiesz jak bardzo
się cieszę, że nie przeoczyłam Ciebie…Wiesz, kilka razy udało mi się doznać
niesamowitego poczucia istnienia. Trudno mi opisać to uczucie. Ostatni raz
siedziałam w parku, zieleń drzew, złoto słońca i ja na tej ławeczce, maleńki
punkcik w centrum Wszechświata i to poczucie zespolenia z tym światem i czasem…
Doświadczyłeś czegoś podobnego?

– Miewałem podobne odczucia, gdy siedziałem w małej łódce łowiąc ryby.
Chlupot wody o burtę, rozbłyski słońca na drobnych, łuskowatych falach,
delikatne kołysanie, pogwarki ptactwa wodnego, jakiś biały żagielek w oddali…
i wtedy czułem, że jestem jakby w środku dziecinnego łóżeczka,
które Matka Natura kołysze do snu, nucąc kołysanki…

– Pięknie to napisałeś, teraz wiem, że rozumiesz…

 

Na Piwnej

.

Kiedy byłam dzieckiem, każdego lata rodzice zabierali mnie do
Warszawy i zostawiali pod opieką cioci i wujka, dwójki emanujących
spokojem i dobrocią ludzi. To właśnie z nimi, podczas długich spacerów
odkrywałam historię i tajemnice Starego Miasta.
Pokochałam brukowe, wąskie uliczki, przekupki zachwalające złociste
obwarzanki, kataryniarza ze swą przyjaciółką zieloną papugą i skrzypka,
co scherza nutą chwytał za serce…

Marzyłam, by pozostać tam na zawsze. Mijały lata, dorosłam.
Coraz rzadziej odwiedzałam Warszawę, potem nie było już do
kogo jechać. Stary sentyment jednak pozostał.
Kiedy cztery lata temu przyjechałam tu w poszukiwaniu pracy,
próbowałam znaleźć jakiegokolwiek lokum w pobliżu Starówki,
było to jednak przedsięwzięcie trudne i nie na moją niezbyt zasobną
kieszeń. Pewnego dnia, jakiś rok temu moja koleżanka z pracy zapytała:
– Znasz kogoś, kto poszukuje kawalerki?
– A gdzie mieszkasz- zapytałam.
– Na Piwnej, tuż przy Starym Rynku, to małe mieszkanko na poddaszu.
Nie mogłam uwierzyć, potem nie mogłam się doczekać…

Minął rok, urządziłam niewielką, mansardową przestrzeń po swojemu.
Wyprowadziła się tu również moja przyjaciółka gitara, zadomowiły obrazy,
książki i kwiaty. Z mego okna widać tylko niebo i dachy Starówki.
Latem odwiedzają mnie gołębie i szaro-bure koty. Późnym wieczorem,
kiedy milkną już głosy kawiarnianych gości i cisza ogarnia miasto wybieram
się na spacer szlakiem ulicznych latarni. Nie wiem czy to tajemnicze cienie
sprawiają, czy moja wyobraźnia ale mam takie nieodparte wrażenie,
że zaraz, za chwilę, z zaułka pojawi się nagle…
” zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz i koń
co podobny jest do księżyca…. „

Już noc, jak cicho, zegar na wieży wybija swoje ding-dong trzykrotnie…
czas śnić. Spoglądam w niebo ostatni dziś raz… Dobranoc Gwiazdeczko…

.