Bliżej nieba

 

Budzę się…
wraz ze słońcem,
które chcący… niechcący
otwiera powieki.

Zasypiam…
licząc gwiazdy na nieboskłonie
cyt… spadła jedna…
niech się spełni…

Jakoś mi tu tak… bliżej nieba.

 

* * *

 

Nocturn

 

Dobry wieczór, monsieur Chopin,
Jak pan tutaj dostał się?
Ja… przelotem z gwiazdki tej.
Być na ziemi to mi lżej:

Stary szpinet, stary dwór,
ja mam tutaj coś w c-dur
(taką drobnostkę, proszę pana),
w starych nutach stary śpiew,
jesień, lecą liście z drzew…

Dziewczyna deklamuje niezbyt głośno ale
wyraźnie z ledwie słyszalnym drżeniem w głosie.
Aula muzyczna przepełniona po brzegi, oczy dzieci,
rodziców i nauczycieli wpatrzone w nią, skupione.
Nie ma tremy, nigdy nie zdarzyło się, by zapomniała
słów wiersza, umie przyciągnąć uwagę słuchaczy
i ma tego świadomość…

Inaczej było z koncertami : ogarniał ją
nie do przezwyciężenia, paraliżujący strach,
palce zazwyczaj odmawiały posłuszeństwa.
Wątpiła wtedy w sens dalszej nauki…
Wszystko się zmieniło, gdy w szkole pojawił się On;
mentor, nauczyciel, przyjaciel, przewodnik w tym
skomplikowanym świecie fortepianowych pasaży.

Jej pobyt tutaj dobiegł końca, dziś zagra po raz ostatni,
pożegna ich wszystkich nokturnem Chopina i wierszem.
Patrzy w stronę widowni, Nauczyciel uśmiecha się, zaciska
dłoń w geście wsparcia… drobny gest ale jakże pomocny.

Zasiada do fortepianu… skupiona… spokojna…
w ciszy, która brzmi jeszcze echem słów Gałczyńskiego…

Pan odchodzi? Hm. To żal,
Matko Boska, w taką dal!
Rękawiczki. Merci bien.
Bon soir, monsieur Chopin…

 

My mind holds the key

 

Noc.
Taka dziś jestem zmęczona
lecz coś nie pozwala mi zasnąć,
i nie są to myśli niespokojne… o nie.

Nie powinnam słuchać takiej muzyki…

Wiem o tym i pomimo tej wiedzy
nie potrafię się powstrzymać.
Wzywam ją czasem.
Przychodzi mroczna, piękna…
i wchłania mnie, czyści umysł z myśli.
Powoli zapadam się w sobie, nieruchomieję.
Wtapiam się w dźwięki… jestem nimi.

Nie powinnam słuchać takiej muzyki…

Z nią pojawia się niechciana tak
wilgoć pod powiekami i ta tęsknota.
Za czym… za kim… po co…?
Nie potrafię tego określić, odnaleźć, opisać.
Moja babcia nazywała to melancholią.

A może powinnam..?
może ma to jakiś sens..?