Zobaczysz…

 

Jestem już prawie spakowana,
jeszcze tylko baterie do latarki,
zapasowe struny do gitary,
trochę drobiazgów, nie za wiele,
by nie ciążyły nam zbytnio…

Właściwie…
w drodze jestem już od kilku dni.
W myślach układam trasę podróży,
sprawdzam prognozę pogody,
oby tylko nie lało, mamy przecież
tak wiele do zobaczenia.

Moja bacówka…
Tam księżyc czule głaszcze
ją srebrnym promieniem
po drewnianej gontów czuprynie.
Moja Wierchomla
spowita w mgły jesienne…

Zobaczysz…

A w dolinach
czerwone dachy domów
jak klocki lego ułożone ręką dziecka…
W dali trzy wieże…
to cerkiew a tam pod lasem kościółek,
Twoje ukochane, drewniane perełki.

Zobaczysz…

Już niedługo Urdenie…

 

Reklamy

Kibic jestem, kibic

 

I tak jest zawsze…
Jak tylko zaczynam marudzić to spotyka za to mnie kara.
Na blogu u Urdena narzekałam w komentarzu, że tak daleko
mam z pracy do domu na Starówkę, że to prawie godzina drogi
i że nie chce mi się w to zimnisko telepać autobusem.

Dzisiaj wracałam sama. Opatuliłam się szalikiem, na głowę
wcisnęłam czapkę, dobrze, że wczoraj udało mi się dostać taką,
jakiej szukałam, chabrowa, w śmiesznym fasonie, zapożyczonym
chyba z dziecięcej mody, czyli wiązadła po bokach i pompon.

Nagle zobaczyłam, że na przystanek podjeżdża mój autobus.
Przyśpieszyłam kroku i nieomal w w biegu wpadłam do 127.
Zdziwiło mnie, że jest aż tak bardzo tłoczno, nawet jak na tą
porę dnia, poza tym było wyjątkowo głośno.
Nagle… aż się skuliłam… ryk nie z tej ziemi, w tym tłoku
trudno mi było cokolwiek dostrzec, bo osoby przylegające do
do mnie były słusznego wzrostu, tak średnio powyżej 180 cm.
Zadarłam wysoko głowę i pierwsze co zobaczyłam, to frędzle
czerwonych szalików zwisających na poziomie mojej głowy.
– Eureka!!! Jadę w autobusie pełnym kibiców… chyba Legii.
Wrzeszczą jak opętani, skandują i co chwilę intonują swą pieśń,
jeśli pieśnią to nazwać można.
Spojrzałam na tablicę informacyjną i zaklęłam w duchu, bo znów
pomyliłam numery autobusów, zamiast w swój wsiadłam w 187.

Nagle zachciało mi się śmiać, wszyscy na czerwono i tylko ja,
jak Przylądek Dobrej Nadziei spowity w błękity 😉

Pewnie dlatego też zostałam zauważona.
Jeden z Większych, łypną w dół okiem, odsunął się nawet
nieco do tyłu, by obejrzeć mnie dokładnie i chcąc przekrzyczeć
kumpli wrzasnął w moim kierunku:
– Hej, Mała… jedziesz z nami na mecz..?- patrzył wyczekująco.
Pozostali również zaszczycili mnie zniżonym spojrzeniem.
Zapach piwa mieszał się z nieprzyjemnym smrodem tanich fajek.
Wydawało mi się, że gwar jakby przycichł. Poczułam się nieswojo.
– Ja pieprzę, jak tu się z tego wymiksować..?- pomyślałam
Szczerze powiem, bałam się odmówić tak „serdecznemu” zaproszeniu.
– Dzisiaj nie mogę – odpowiedziałam z niepewnością w głosie.
– Jak nie możesz, co nie możesz, bilet wolny mamy- zaśmiał się
wysoki z krostami na twarzy i dodał:
– Zobacz Jurek, jaka ona śmieszna, cała niebieska- wzbudziło to
ogólną wesołość w autobusie i to nie tylko kibiców.
– To jak, jedziesz z nami..? zapytał ponownie Jeden z Większych.
– Nie mogę – nareszcie wpadłam na pomysł – Też idę na mecz,
mój chłopak czeka na mnie pod stadionem, jest jak Wy kibicem.
– A komu kibicuje..?- spojrzał uważnie, jakby chciał wyczytać mi
to z oczu.
– Legii, oczywiście – odetchnęłam – zaraz muszę wysiadać, on nie lubi
jak się spóźniam, mogę przejść do drzwi..?
– Jurek, dawaj tu jednego browara – po chwili podał mi puszkę z piwem.
– To dla Ciebie i Twojego faceta… wypijcie zdrówko naszych.
– No, spadaj Mała, my wysiadamy na następnym, przy kładce.
Drzwi zatrzasnęły się za mną, stanęłam na przystanku, z browarem w ręku
i nagle ogarną mnie nie do opanowania śmiech, ta słynna szkolna głupawka.

– No nieźle NIEBIESKA – rżałam – Jak to dobrze, że znasz się na szalikach.

* * *
Spojrzałam dziś po raz pierwszy od lat, na tabelę wyników piłkarskich
i ucieszyłam się… Moi wygrali z Lechią Gdańsk 3:0

 

Niecierpliwość

 

Kolejny dzień, szarości za oknem
miejska, poranna mgła nie nastraja optymistycznie.
Czas spowalnia… lubię tak… ale nie tutaj.

Niecierpliwość moja… i to pragnienie,
by już,  zaraz,  natychmiast, by się spełniło.
Bo ileż można czekać na życia dopełnienie
tym , czego tak pragnę, czego jeszcze
tak bardzo chciałabym doświadczyć…?

Cierpliwość… wciąż jej brakuje.
Wiem… Nic i nikt nie przyśpieszy tego
co ma przyjść, bo wszystko przecież
ma swój określony czas i miejsce.

Więc powtarzam i będę powtarzać zasłyszane gdzieś słowa
jak poranną modlitwę… każdego dnia…

CIERPLIWOŚCI BLUE, CIERPLIWOŚCI…
CHOĆBY PĘKAŁO SERCE.

 

Muzyka gwiazd

 

Góry moje kochane…
Piszę ten list
tęsknoty piórem.
Pewnie tam u Was
już mgły jesienne
malują księżycowe
kwiaty w dolinach
a lodowate strumienie
zapowiadają rychłe
nadejście zimy.

Góry moje kochane…
codziennie odwiedzam
Was myślą, stawiam
niewidzialne swe kroki
na ścieżkach krętych.
Podziwiam ikonostasy
drewnianych cerkwi
i smukłe ich wieże
na tle błękitnego nieba

Już niedługo wrócę,
dotknę dłonią kory
klonu i buka…
Znów powędruję
do Ciebie bacówko
wzdłuż tańczącego
strumienia,
A gdy dotrę do źródła
przystanę i wsłucham
się w ciszę.

Poczekam…
poczekamy razem,
w skupieniu wielkim,
by usłyszeć ten
tajemny śpiew nocy,
odwieczną
muzykę gwiazd…

 

Trzepot

 

– Pamiętaj,  nie odchodź stąd,
jak skończę pracę przyjdę po ciebie.
Położył na ławce torebkę z kanapkami
i butelkę czerwonej oranżady.
Popatrzyła jak wchodzi do budynku
będzie tam kilka godzin.
Miała dużo czasu i wiele do zrobienia.

Stanęła przy fontannie.
– Tyle ich jest- westchnęła, patrząc na
brunatno-zieloną powierzchnię wody.
Wszystko przez ten nieustający upał,
spragnione, osłabione, chcąc się napić,
wpadają do wody i nie potrafią się z niej
już wydostać.
– Głupie wróble- mówi cicho – przecież
zostawiam codziennie w trawie miseczkę
z wodą a wy i tak lecicie w dół, na oślep
próbując napić się z fontanny.

Kładzie się na cementowym obrzeżu
wychylając się jak najdalej, wyciąga rękę,
by sięgnąć po ptaka. Ostrożnie wyjmuje
go z wody i kładzie na drewnianej ławce.
– Słońce wysuszy mu pióra- myśli.
Dotyka delikatnie dłonią miękkiego puchu
z nadzieją, że poczuje trzepot ptasiego serca.
Wzdycha zawiedziona, wraca do fontanny,
udaje jej się wyciągnąć z wody jeszcze
dwa wróble, pozostałe są zbyt daleko a jej
sześcioletnie ręce zbyt krótkie i słabe by
przyciągnąć je za pomocą patyka.

Układa je potem ciche, nieruchome
na posłaniu z liści i trawy… jak co dzień.
Jeśli do jutra nie ożyją, zakopie je pod lipą.
Łzy napływają jej do oczu, tak chciałaby,
żeby choć raz się udało, by choć raz ujrzeć
skrzydła ptasie wpisane w błękit…

Trzaśnięcie drzwi wyrywa ją z zamyślenia,
Wstaje, otrzepując niebieską sukienkę,
kiedy podchodzi do niej, kuli ramiona,
już wie, że jest niezadowolony:
– Znowu się upaćkałaś, cała jesteś mokra,
tyle razy ci powtarzałem, byś tego nie robiła.
Widząc na jej twarzy rysującą się podkówkę,
podnosi głos:
– Tylko mi tu nie becz, wiesz, że tego nie znoszę.
Wie, próbuje opanować płacz, spogląda w górę
i pomimo lęku pyta:
– Tato… czy one ożyją..?
– Głupiaś, przecież są martwe – mówi poirytowany,
ciągnąc ją gwałtownie za rękę w stronę bramy.
– Chodź szybciej i przestań się wreszcie oglądać.

* * *
– Pamiętaj, nie odchodź stąd,
jak skończę pracę przyjdę po ciebie.

Dziś jest inaczej, jeszcze nie wie dlaczego.
Może to ten sen, który nocą wyśniła..?
Podchodzi do drzewa, spogląda na miejsce
w którym je zostawiła… wstrzymuje oddech…
To niemożliwe, zabrakło jednego, został
tylko maleńki, odciśnięty w trawie kształt.

Podnosi głowę ku niebu,
osłania oczy wypatrując niespokojnie…
W dali, mała kreska, ledwo widoczna na horyzoncie.
Czyżby..?  Uśmiecha się do siebie… już wie…