Pewnego dnia…

Jezioro Rożnowskie (net)

 

Znów mnie nosi…
Przychodzi czas, kiedy nie mogę
znaleźć swojego miejsca, jakoś mi
tak wszędzie za ciasno
i w domu i w pracy.
Zew krwi… śmieję się i myślę:
– Coś w tym jest i coś z tym
muszę zrobić…

Małe tęsknoty w wielkie się zmieniają
i powodują szybkie decyzje,
takie jak dzisiaj, przez kilka godzin
wstrzymywałam oddech, czekając
na decyzję w sprawie wolnego.

Wieczór… gitara w kącie
przebiera strunami z radości
na myśl o wędrowaniu.
– Poczekaj kochana, jeszcze dwa dni,
tylko dwa dni… i w nieznane.
Tym razem tam,
gdzie jeszcze nie byłyśmy,
góry… jezioro… las…
miejsce, które podarował nam los.

Noc… płynie cicha melodia,
wybór jej nieprzypadkowy.
Zamyśleń czas...
Skąd tak…? Dlaczego tak…?
Wsłuchuję się w słowa starej piosenki.
sen nadchodzi i oddech…
coraz lżejszy.

* * *

” Był sobie chłopiec
Bardzo dziwny, zaczarowany chłopiec
Mówią, że przywędrował z daleka
przez cały ląd i morze
Lekko nieśmiały i o smutnych oczach
Ale bardzo mądry był

I pewnego dnia
Magicznego dnia przeciął mi drogę
I kiedy rozmawialiśmy o wielu rzeczach
Głupcach i królach, powiedział:

Najwspanialsza rzecz jakiej się nauczysz
to umieć kochać i w zamian być kochanym”

 

Reklamy

Naleśniki

 

 

– Chciałbym mieć taką mamę jak Ty.
Wędrujesz po tych górach, grasz na gitarze,
znasz tyle niesamowitych opowieści i ten
Twój głos..mógłbym Cię słuchać godzinami.
Ech, konie by z Tobą kraść.

– Naprawdę chciałbyś..?
Odłożyłam gitarę, spojrzałam uważnie
w ciemne oczy chłopca. Ogień w kominku
zaśpiewał wesoło, iskry tańczyły radośnie.

– Hmm… Lubię Cię…
ale jeszcze bardziej lubię
naleśniki z malinami mojej mamy.

 

Rozmowa z ojcem

 

– Jesteś taki zimny, niedostępny,
nie rozumiałeś mnie nigdy…
nawet nie starałeś się zrozumieć.
Nie chcę być podobny do Ciebie.
– …

– Pamiętasz, tamtego lata,
mój pierwszy bunt, chłopca jeszcze.
Krzyczałem tak głośno, nie usłyszałeś.
Odwróciłeś się plecami i odszedłeś.
– …

– I ta Twoja pewność, że wszystko
wiesz najlepiej, ten władczy głos,
i ton nie znoszący sprzeciwu.
Wciąż słyszę te słowa, które tak bolały
podczas ostatniej naszej rozmowy.
– …

– Nie zatrzymałeś mnie,
gdy powiedziałem dlaczego odchodzę,
nie próbowałeś nawet a ja tak pragnąłem
dotknięcia Twej ręki na ramieniu.
-…

Wieczór…
Stoję w bezruchu patrząc na
mężczyznę po drugiej stronie lustra.
Barczysta sylwetka,
charakterystyczna zmarszczka
pomiędzy brwiami, chłodny wzrok,
zaciśnięte usta z wyrazem dezaprobaty.

Spoglądam w lustro raz jeszcze.
Widzę tam Ciebie Tato.

 

One są…

rysunek: Viola Małecka – Weronika

Kilka dni temu dostałam list od jednej z moich wychowanek ze Świetlicy
Socjoterapeutycznej w której pracowałam kilka lat temu. Moje kochane
dziewczyny… wzruszyłam się biorąc do ręki kopertę zaadresowaną ładnym,
kobiecym pismem. Ciągle mnie pamiętają, choć tyle lat minęło, wciąż piszą
i to właśnie te, które były najbardziej trudne, nieposłuszne i czasem nieznośne…

„Witam…Dziękuje bardzo za pozdrowienia i piosenkę którą Pani wysłała,
śliczna jest. Pani to jest jednak kochana, cały czas pamięta o nas.
Nigdy nie zapomnę tego, co mi Pani kiedyś powiedziała… A tak ogólnie
to wszystko dobrze, czeka mnie niedługo matura i egzamin na studia.
W szkole jest teraz bardzo ciężko… dużo nauki ale dam radę. Moja
najstarsza siostra Marta, pamięta ją pani, pomoże mi. Będę mogła u niej
mieszkać podczas studiowania, jeśli oczywiście wszystko się uda.
A co u Pani ? Czy Pani w ogóle przyjedzie kiedyś do nas, bo my tu już
całkiem zapomnimy jak Pani wygląda…”

Zamykam oczy, powoli cofam się w przeszłość… Obraz jest coraz
wyraźniejszy… już są: Kasia, Ewa, Sylwia, Julia, trzyletni Dominik,
braciszek Ewy… Zimą jest ich najwięcej, nie ma gdzie się schronić przed
zimnem, agresją domową, przed pijanym ojcem, mamą, nierzadko obojgiem.
W cienkich okryciach, zmarznięte, głodne już od godziny czatują pod świetlicą.
– Psze Pani, niech pani da klucze będzie szybciej…
Przez chwilę jeszcze przepychają się, żeby wbiec do pomieszczenia szybciej
niż inni, zająć kolejką do dwóch ledwie zipiących i ciągle naprawianych
komputerów. Powoli przychodzi reszta dzieci. Niektóre wpadają jak
burza z hałasem, trzaskaniem drzwiami, inne cicho z nieprzeniknionym
wyrazem twarzy. Wystarczy spojrzeć na skulone ramiona, zasłonięte
grzywą włosów oczy by wiedzieć… czy przespały spokojnie noc,
czy wrzaski rodziców na to nie pozwoliły, czy w szkole było w miarę…
bo dobrze to nigdy nie jest. Zaczyna się… Hałas, gwar, kłótnie przy stole
do tenisa, kto ma zagrać pierwszy, przy komputerach niewiele lepiej.
Trudno ogarnąć to wszystko, trzeba mieć oczy naokoło głowy i to nie dlatego,
że dzieci będą bardziej czy mniej grzeczne… Nie tutaj…Tu trzeba pilnować,
by któreś ze starszych nie wniosło alkoholu, trawki, czy jakiejkolwiek innej
używki. Trzeba patrzeć uważnie w ich oczy, czy niezamglone… i pilnować
komputerów. Kiedyś kilka godzin poświęciłyśmy z Danką na wyłuskanie z
plików, zakamuflowanego filmiku porno.

Moi mistrzowie manipulacji, za wszelką cenę chcący wzbudzić
zainteresowanie swoją osobą, nawet kosztem kilkudniowego wyrzucenia
ze świetlicy. Prowokują, zaczepiają, przeklinają, płaczą, krzyczą, czasem
wymyślają nieprawdziwe historie tylko po to by zaistnieć.
Idę do kuchni, dziewczynki przygotowują posiłek, nie ma tego za wiele,
zupy z puszek, niezbyt smaczne, chleb z dżemem, czasem jak bogaciej,
to frytki lub gofry… Staram się, by zjadły coś ciepłego. Wiem, że czasem
jest to ich ostatni posiłek, następny może być dopiero jutro w szkole.
W domu większość z nich nie dostanie nic, oprócz szturchnięcia,
kopniaka bo „gówniarz przeklęty” nie skombinował, nie ukradł i nie
przyniósł do domu nic… Czas w świetlicy biegnie szybko, za szybko.
Lekcje, potem zabawy w teatr, śpiewanie i taniec… to uwielbiają
najbardziej, dziewczyny oczywiście. Wychodzą do drugiej sali,
wymyślają „kroki”, wybierają muzykę i proszą widownię, by ich podziwiała,
bo najbardziej ze wszystkiego chcą być podziwiane. Podczas oglądania
biorę na kolana małą Basię, wtula się we mnie, jak gdyby chciała
schować się do środka, obok 5-letnia Ania ściska mnie mocno za rękę,
to skutek niedoboru miłości, bliskości i bezpieczeństwa.

Mam chwilę na kawę, niestety nie za długa. Julka prosi mnie o rozmowę.
– Słucham Julio, co się stało?
Wierci się chwilę, nie wie jak zacząć, wreszcie na wdechu, jakby szybciej
chciała mieć to za sobą, mówi:
– Niech Pani powie, czy ja jestem dziwka, k…a i szmata?
– O czym Ty mówisz?- pytam i już wiem, że będzie to trudna rozmowa.
– Tak mówi do mnie moja mama, ciągle.
Robi mi się niedobrze, jak mam to wytłumaczyć trzynastolatce dlaczego
tak się dzieje, wiem jednak, że muszę. Mówię jej, że to chore emocje,
że alkohol, brak pracy… Słucha, lecz wiem, że te argumenty jej nie
przekonują. Ona chciałyby zapewnień, że będzie lepiej, że nagle stanie
się cud i jej życie zmieni się wypięknieje. Czuję bezradność i niemoc.
-Nienawidzę jej, nienawidzę tej starej krowy- krzyczy
Próbuję ją uspokoić, przytulam, początkowo szarpie się, wyrywa,
potem cichnie i zaczyna płakać…
-Życie jest do d…y Pani Violu, do d…y!!!

Pocieszam ją jak mogę, rozmawiamy jeszcze chwilę, mówię, że nie ma
innej możliwości, musi się uczyć, to jedyna jej szansa na wyrwanie się
z tego środowiska. Zbliża się wieczór, powoli wychodzą, świetlica
pustoszeje, zostają Ci co zgłosili się do sprzątania. To właśnie jest
najbardziej zadziwiające, wszyscy chcą sprzątać, nawet najmłodsi.
Zachętą do tego są nie tylko cukierki lub czekolada ale odłożenie w
czasie chwili powrotu do domu, trudnego powrotu. Zamykam bramę,
podchodzi Kasia, Ewa i Julka z codziennym pytaniem… „możemy
panią odprowadzić”, no i odprowadzamy się, czasem i dwie godziny…
Małe szczebiotki, opowiadają mi miasteczkowe ploteczki, obśmiewają
chłopców, by ukryć fascynacje błękitną parą oczu chłopaka z naprzeciwka…

Wracam na swoje poddasze, nikną sylwetki dziewcząt, cichną ich głosy w
oddali… Spoglądam w dół na białą kartkę papieru, uśmiecham się widząc
wyraźny, zdecydowany podpis adresatki listu: – Pozdrawiam… Julka

* * *

Pati pamiętam jak to śpiewałaś. Zrobiłaś to równie pięknie jak ta dziewczynka.
Pamiętam też wzruszenie, które tak mocno ścisnęło gardło…

 

 

Poezja

 

– Nie znam się na poezji, nie rozumiem jej,
nie czuję, nie potrafiłbym napisać nawet jednej
strofy wiersza. Co innego Ty, z taką łatwością
rysujesz słowa…  są lekkie jak skrzydła motyla.
Barwisz je kolorami lata, wplatasz kwiaty
pomiędzy rymy i słońcem nicujesz o zachodzie.
Tak lubię je czytać, choć nie zawsze rozumiem.

Dziewczyna zatrzymuje się.
Po chwili unosi w górę głowę i patrzy w niebo:
– Zmierzcha, znów będziemy wracać nocą, proponuję
krótki odpoczynek, może tam, na skraju lasu..?
Postrzępiona linia horyzontu zabarwia się na różowo,
– Jak ja kocham te zachody słońca, te panoramiczne
spektakle na ruchomym niebie i tę ciszę, którą kiedyś
nazwałaś muzyką gwiazd. Widzisz tę  sosnę na zboczu..?
Przypomina mi maleńką, przydrożną kapliczkę.

Dotyka jego dłoni…
– Powtarzasz wciąż, że nie rozumiesz, że nie czujesz…
Posłuchaj siebie, posłuchaj… poeto.

 

Czas powrotów

 

Schodzimy z gór.
Zima w pełnej krasie
żegna nas bielą.
Jej mroźne pocałunki
rysują rumieńce
na chłodnych policzkach.

Schodzimy z gór
w milczeniu,
by pożegnać się
z ciszą i wiatrem,
wiernym towarzyszem
górskich wędrówek.

Ślady stóp
nikną niemal w chwili,
gdy zaznaczamy
naszą tutaj obecność.

Jesteśmy już na zewnątrz.

Oglądam się za siebie
po raz ostatni,
patrzę z żalem, jak las
zamyka swe bramy.


 

 

Łopienka

.

Odludzie… wiatr… śnieg… cisza…
Drzwi do cerkwi stoją otworem… zawsze.
a wewnątrz… niesamowita prostota
i witraże malujące kolorami tęczy ściany.
Nic nie odda czaru, klimatu tego miejsca.
Wewnętrzne sanktuarium…
następny etap drogi w którym czas… świat…
zatrzymał się dla podróżnika, by pokazać mu
kawałek tamtego, dawnego siebie…

Ten post…
i te fotografie chciałabym podarować
Moim Kochanym Bieszczadzkim Aniołom.
Marzence, Jackowi, Uli i Krzysiowi.

* * *

Więcej informacji o cerkwi u Urdena

http://urden.pl/2988/lopienka/

 

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *