Miłka

foto: viola malecka

m8

.

Zima. Coraz większe mrozy…
Stajnia nie daje ciepła, które jest mi potrzebne, zwłaszcza teraz.
Niedaleko jest dom. Mieszka tam pewien dziwny człowiek.
Często widzę go w okolicy, chyba lubi konie. Może i mnie polubi..?
.
Posiedzę na progu… poczekam… poproszę…
.
Idzie… przystanął… patrzy na mnie w zadumie… uśmiecha się.
– Choć mała, pewnie Ci zimno i głodno.
Wiesz, miałem Przyjaciela, wabił się Miszka. Odszedł niedawno.
Może Ciebie przysłał, by ukoić me serce..? Nazwę Cię Miłka.
.
– Hmmm… Miłka, niech będzie. Nawet mi się podoba.
.
Ciepło… jak ciepło i miska zawsze pełna.
Mam pewną tajemnicę i mam też nadzieję, że On się nie pogniewa.
Jego dobre oczy… Lubię w nie patrzeć, lubię też jego dłonie.
.
Już niedługo nadejdzie czas… Już się nie boję…
.
.

Hallo

foto: viola małecka

call 1

* * *

Sobota… dla mnie dziś pracująca. Call center jest puste,
Tylko ja i moi rozmówcy. Zapalam lampkę, robi się tak jakoś
cieplej i intymniej. Zaczynam:

– Dzień dobry, Tu Viola Małecka…

Rozmowy, każda z nich inna, choć łączy je wspólna potrzeba.
Ludzie, których nie znam i pewnie nigdy nie spotkam w realnym
świecie.To sprzyja zwierzeniom. Czasem myślę, że dzwonią
aby z kimś po prostu porozmawiać
– Bo widzi Pani, mąż mnie zostawił z trójką dzieci, boję się,
że sobie nie poradzę a tu święta idą, potrzeba mi na jedzenie
i na jakieś drobne prezenty dla maluchów.
Słowa skargi płyną. Kobieta płacze. Pocieszam ją jak mogę.
Trudno mi jest się zdystansować, choć wiem, że powinnam.

Boję się rutyny, zawsze staram się myśleć, że tam po drugiej
stronie jest człowiek a nie tylko klient. Kiedy tylko łapię się na  
mechanicznym powtarzaniu formułek, co przy tej ilości rozmów
jest nieuniknione, robię  przerwę na przewietrzenie rozumu.

Czasem jest też bardzo zabawnie:

– Wie Pani, gdzie ja jestem..?
– Nie wiem.
– Jestem na wielkiej koparce. Pani wie jakie ona ma obroty..?
– Wyobrażam sobie.
– To ja Pani pokażę.
Przeraźliwy hałas wdziera mi się w uszy. Moja wyobraźnia
zaczyna działać. Widzę faceta w bereciku z antenką i petem
w ustach. Ogarnia mnie rozbawienie.
– Daje czadu, nie..?!! – wrzeszczy zadowolony.
– Hmm… Daje i to jak..!!!

– To kiedy Pan przyjedzie do nas do oddziału..?
Pytam klienta, który prowadzi zakład pogrzebowy.
– Jutro wiozę w tym kierunku „ciało”, to podjadę do Was.
Robi mi się jakoś dziwnie, poskramiam wyobraźnię.
Kolega, który „odsłuchuje” rozmowę mruczy pod nosem
z szelmowskim uśmiechem na twarzy:
– Pewnie przywiezie współ-kredytobiorcę.

– Proszę się zastanowić, czy nie lepszy byłby kredyt..?
Próbuję namówić 77- letnią panią, która chce wnioskować
o kartę kredytową. Wiem,  jakie ona niesie niebezpieczeństwo,
jeśli nie umie się z niej korzystać. Staruszka nie przyjmuje
żadnych argumentów i na koniec rozmowy mówi stanowczo:
– Bo wie Pani jak to jest, Żeby tańczyć na tym rynku to
trzeba mieć KARTĘ!!!

Często trafia się klient- amant. Wypełniam z nim wniosek.
– A Ty Skarbie skąd do mnie dzwonisz..?
– Z Warszawy.
– Szkoda, bo chętnie bym się z Tobą umówił na kawę.
– To nie jest możliwe.
– Oj, tam niemożliwe, mogę przyjechać do stolicy.
– Czy ma pan dokumenty potrzebne do wypełnienia wniosku..?
– Mam wszystko, tylko Ciebie przy sobie nie mam Kochanie.
Spoglądam na datę urodzenia klienta. Różnica wieku niemal
trzydziestoletnia. Uśmiecham się rozbawiona, myśląc:
– Ale byś się zdziwił, gdybym się z Tobą umówiła.

Koniec pracy. Odpływają w dal moi rozmówcy:
emerytowany górnik z kopalni Halenda, pielęgniarka z Krakowa.
lekarz z Poznania, znana artystka z Olsztyna i prawnik…
z jakiego miasta,  już nie pamiętam. Gaszę lampkę. Wychodzę.
Teraz czeka mnie jeszcze godzinna jazda autobusem do miejsca,
w którym zaczyna się mój prawdziwy weekend.

* * *

Poniżej rozmowa przy której wciąż się serdecznie śmieję
 i przykład jak to klient potrafi „zbić z pantałyku” konsultanta.

Cyganie

Leon Lewkowicz: Gypsies

– Przyjechali, przyjechali! – krzyczał Adaś.
Grupka dzieci odwróciła się niemal jednocześnie
w stronę małej postaci biegnącej wzdłuż ulicy.
– Ciekawe kto przyjechał..? – zapytała Magda.
W małym miasteczku goście byli rzadkością.

Po chwili chłopiec dobiegł do nich zdyszany,
jąkając się z przejęcia przekazywał nowinę,
jednocześnie wskazując ręką w stronę lasu.
– Cyganie jadą, jak ich dużo, aż osiem wozów.
Chodźmy zobaczyć, jak rozkładają tabor.
– Muszę zapytać mamy czy mi pozwoli.
Ania wstała i otrzepując sukienkę ruszyła
niechętnie w stronę domu, powoli wchodziła
po schodach, zastanawiając się, czy uzyska
zgodę, by odwiedzić miejsce obozowiska.

– Mamo, czy mogę iść z koleżankami na łąkę?
Proszę pozwól, nie będziemy tam długo.
– To podwórko już Wam nie wystarczy, znów
Was gdzieś niesie, poza tym niedługo będzie
kolacja, ojciec będzie się denerwował  jeśli
na nią nie zdążysz.
– Mamo, przyjechali Cyganie, chcemy zobaczyć,
pozwól mi pójść choć na chwilę, wszyscy idą.
– Dobrze, tylko nie podchodźcie zbyt blisko,
wiesz przecież, że oni kradną dzieci, zwłaszcza
takie smagłe i ciemnookie jak Ty. Dobrze idź,
tylko wróć zanim zajdzie słońce.

Siedzieli na płocie zafascynowani widokiem tego,
co działo się w obozowisku. Kobiety w kolorowych,
długich spódnicach gotowały coś nad paleniskiem,
mężczyźni siedzieli w kręgu rozmawiając głośno.
Dobiegały ich dźwięki gitary, rżenie koni i śmiech
cygańskich dzieci biegających pomiędzy wozami,
niektóre podbiegały blisko spoglądając w ich stronę.
– Jutro pewnie do miasteczka przyjdą Cyganki,
by śpiewnym głosem zachęcać do powróżenia,
ostrzenia noży czy kupna patelni – pomyślała Ania.

Nagle wypatrzyła wśród dzieci dziewczynkę,
która wraz z matką nawlekała na nić małe koraliki.
Ubrana w barwną sukienkę, ze złotymi kółkami
na przegubach drobnych dłoni opowiadała coś
kobiecie, ta pochyliła się, żartobliwie pociągnęła
ją za czarny warkoczyk i roześmiała się serdecznie.
Błyszczące nitki wplecione we wstążki i spódnice raz
po raz połyskiwały w świetle zachodzącego słońca.

Nagle ogarnęła ją jakaś dziwna, nieznana tęsknota.
– Chciałabym – pomyślała – żeby mnie porwali,
tak tylko… na trochę…

.

Stacja Tęcza

Ewelina Jadzińska: Tęcza

.

Ogarnia wzrokiem dworzec autobusowy, plecak ciąży
jej coraz bardziej na ramionach a ból kręgosłupa zmusza,
by poszukać miejsca i usiąść choć na chwilę.
Obok chłopaka w granatowej kurtce widzi wolne miejsce.
Zrzucając brzemię z pleców, czuje nagłą ulgę.
– Po co brałam to wszystko, upychałam pieczołowicie swetry
obok letnich sukienek, ocieplane buty obok sandałków?
No tak, chciałam być przygotowana na każdą okoliczność,
teraz mam wątpliwości, czy cokolwiek z tego mi się przyda.

Chłopak przygląda się jej ukradkiem, ona czuje jego wzrok
ale nie odwraca się, nie ma ochoty na rozmowę, jakby
wiedziała o co chciałby ją zapytać.
Zamyka oczy, próbując dostrzec cel, który jeszcze wczoraj
był taki wyraźny, z taką pasją i radością malowany.
Teraz, pomimo usilnych starań rozpływa się, przybiera
dziwaczne kształty. Chciałaby zebrać je myślą w całość,
przywrócić do poprzedniej realnej formy.
– Moje chcenia i niechcenia, czy mam na nie jakikolwiek
wpływ? Przecież wystarczy jeden maleńki ruch, krok
w inną stronę, niedostrzegalne zboczenie z trasy a zmienia
się niemal wszystko, nawet fakt, że się tutaj znalazłam.

Chłopak obok nagle zdobywa się na odwagę, zadaje pytanie
ale zupełnie inne niżby się spodziewała:
– Zgubiłaś drogę? Nie bój się, odnajdziesz ją, jeszcze nie teraz,
trochę potrwa zanim znów odważysz się malować jutro.
– Kim jesteś..?
– Na imię mi Los… pomogę Ci, poprowadzę, tylko zostaw
ten bagaż,  łatwiej Ci będzie podążać za mną bez niego.
Po chwili wstaje, rusza powoli w stronę przystanku, potem
odwraca się, przesyłając jej porozumiewawczy uśmiech.
Unosi głowę, wskazując wzrokiem nazwę miejscowości.
Dziewczyna oddaje uśmiech i wchodzi na stopnie autobusu.

– Poproszę bilet do stacji Tęcza.

.

Trzecie podejście

I jak tu się nie cieszyć..?

* * *

Mówiłam kiedyś:  już nigdy więcej ale jak powiadają, życie pisze swoje
scenariusze i moje ścieżki skrzyżowały się po raz kolejny ze ścieżkami
znaczonymi końskimi kopytami. Poznałam kogoś, kto ukochał te piękne
zwierzęta i związał z nimi swoje życie. Powoli oswajałam się z końmi,
początkowo z daleka, z czasem nabrałam na tyle odwagi, że mogłam się
do nich zbliżyć, dotknąć, poczuć na dłoniach delikatny dotyk chrap.

Ostatniej soboty  powiedziałam, że jestem gotowa, by zacząć pierwszą
lekcję jazdy konnej. Miałam jeszcze wątpliwości ale cóż: słowo się rzekło,
kobyłka u płota i to dosłownie, ponieważ mój przyszły instruktor wybrał
dla mnie klacz o imieniu Jedynaczka.

Nadeszła godzina W. Ubrana w bryczesy stawiłam się w samo południe
w stajni gotowa do…  No właśnie,  myślałam, że Bo przyprowadzi konia
na lonżownik, wsadzi mnie na niego, potem zrobię kilka wolnych rund
i to wszystko. Jak bardzo się myliłam, okazało się już w stajni, gdy on
 widząc, że zmierzam w kierunku wyjścia zapytał:
– A Ty gdzie..? WracajWróciłam, wtedy zaprowadził mnie do siodlarni,
poinstruował co i jak,  po krótkich protestach z mojej strony, obładowana
siodłem i sprzętem do czyszczenia koni powędrowałam do boksu.
Wszystko wydało mi się takie skomplikowane, gdy tłumaczył mi co mam
po kolei robić. Największym przeżyciem było czyszczenie końskich kopyt.
Nieźle się przy tym spociłam, ze strachu oczywiście. Kiedy zakładałam
ogłowie /tak to się chyba nazywa/ wciąż marudziłam, że nie ogarniam,
że nie zapamiętam tego wszystkiego.
– Zapamiętasz – odpowiadał – a teraz zaprowadź konia na lonżownik.
– Ja..? Sama..? Boję się..! Proszę, Ty ją wyprowadź – Na nic jednak moje
błagalne spojrzenia. Z duszą na ramieniu prowadziłam za sobą Jedynaczkę.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, ponownie poczułam to niefajne ściskanie
w żołądku. Wszędzie mi było za wysoko i do strzemienia i do siodła.
Kiedy już wdrapałam się na konia, stwierdziłam, że teraz jest mi za daleko
do Matki Ziemi. Po kilku kółkach okazało się, że to nie będzie tylko powolna
jazda w stępie ale czekały mnie różnego rodzaju „wygibasy”, czyli jazda
bez trzymanki, dotykanie dłonią swojej stopy, obejmowanie konia za szyję
i wiele innych „karkołomnych” ćwiczeń. Wszystko to było przeplatane moim:
– Nie zrobię tego, nie dam rady – i za każdym razem słyszałam:
– Dasz radę, zrobisz –  i wiecie co… jakimś cudem udawało mi się.

Kiedy już trochę oswoiłam się z sytuacją i przestałam się tak mocno spinać,
usłyszałam, że teraz będę jechać kłusem ćwiczebnym i anglezowanym.
Wiśta wio… łatwo powiedzieć ale jak trudno przy tym pamiętać o wszystkich
innych czynnościach takich jak: pięty niżej, wyprostuj plecy, wodze krócej,
kontakt z koniem… to tylko ja wiem i chyba wszyscy inni początkujący.
Po pół godzinie powiedziałam, że mam już dziś dość i że chcę zsiadać.
– To jeszcze nie koniec lekcji, ja powiem kiedy się skończy.
– Ale ja chcę zsiąść – byłam uparta.
– Dobrze- powiedział Bo – Ja sobie stąd idę a Ty jak chcesz zsiadaj,
pamiętaj tylko, że potem trzeba zaprowadzić konia do boksu i wyczyścić.
– Ale jak się z niego zsiada..? – wrzasnęłam – Proszę nie odchodź!!!

Przetrwałam, nie spadłam, wytrzęsiona niemiłosiernie zsiadając
wylądowałam oczywiście na tyłku. Myślałam,że to koniec na dzisiaj
ale pomyliłam się po raz kolejny.
– Zsiadłaś nieprawidłowo, musisz to zrobić jeszcze raz.
– Zrobię to następnym razem- prosiłam.
– Nie, zrobisz to teraz, inaczej będziesz się tego bała.
Zrobiłam, wiedziałam, że ma rację… Potem stałam szczęśliwa nie tylko
dlatego, że dotknęłam ziemi, szczęśliwa też, że przełamałam strach i
poczułam, że chcę nadal kontynuować lekcje i nauczyć się jeździć konno.

Wieczorem, kiedy Jedynaczka skubała sobie w boksie siano, podeszłam
do niej pogłaskałam po aksamitnym, brązowym pysku i szepnęłam:
– Dziękuję Ci Kochana, za Twą łagodność i za to, że mnie nie zrzuciłaś.

A Tobie Bo dziękuję… za cierpliwość.

 

Mój ulubiony instruktor… czyli Bo

Odrobinka luzu też się znalazła

Hej, hooop… 😉

Jedynaczko proszę Cię nie fikaj !!!

Posłuszna… ale tylko na koniku 😉

 

Trzy podejścia

.

Uwielbiam konie…
Często były tematem moich rysunków. Lubię patrzeć na nie,
podziwiam majestat i piękno ruchu, czuję też ogromny respekt.
Pomimo jednak całej mej do nich miłości, bardzo bałam się
dosiąść któregoś z nich. Ten strach spowodował, że długo
zwlekałam z decyzją nauki jazdy konnej. Dlaczego się bałam?
Może opowieść o moich z nimi spotkaniach wyjaśni co nieco.

PODEJŚCIE PIERWSZE

Wieś kielecka, gorące, czerwcowe lato.
Miałam wtedy siedem lat.
Pewnego dnia mój dziadek zapytał:
– Violu, idę na łąkę po konia, chcesz iść ze mną..?
Jasne, że chciałam, siwa klacz była moją ulubienicą,
godzinami mogłam stać w stajni i przyglądać się jej,
od czasu do czasu podkarmiając pupilkę marchewką .

Kiedy wracaliśmy, dziadek ostrzegał mnie:
– Tylko nie podchodź do niej z tyłu zbyt blisko.
– Będę uważać- zapewniałam.
Podskakując radośnie, wędrowałam za Siwą,
rozglądając, ciekawa wszystkiego co wokół.
W pewnym momencie zagapiłam się na czereśnię,
sprawdzając wzrokiem czy owoce dojrzały na tyle,
by można było już je zrywać… i stało się:

Nagle poczułam silne uderzenie w okolicy żołądka,
mocne na tyle, że znalazłam się po drugiej stronie
polnej drogi. Długo nie mogłam złapać oddechu
a pęknięte żebro bolało jeszcze dwa tygodnie.
I wtedy pojawił się ten pierwszy strach, spowodowany
niefortunną przygodą i moją dziecięcą gapowatością.
Długo bałam się zbliżyć do konia… jakiegokolwiek.

PODEJŚCIE DRUGIE

Czasy studenckie, wakacje, piękne, upalne lato.
Przyjaciele namówili mnie, bym pojechała z nimi
do Margonina na obóz konny organizowany przez AKJ.
Oczywiście o moim wsiadaniu na konia nie było mowy.
Oświadczyłam wszem i wobec, że jadę z nimi dla
towarzystwa i mam zamiar spędzić czas na taplaniu
się w wodach margonińskiego jeziora.

Pewnie spędziłabym czas w sposób jaki zamierzałam,
gdyby nie fantazja ułańska mojej przyjaciółki.
Po skończonej jeździe podeszła do mnie i zapytała.
– No co… spróbujesz..? To bardzo łagodny koń
nic Ci się nie stanie.- zapewniała.
Nie chcąc pokazać swojego strachu, po długiej chwili
odpowiedziałam niepewnie.
– Ale ja jestem w stroju kąpielowym, no i Twój koń nie
ma siodła, poza tym nigdy nie jeździłam konno, nie
utrzymam się na grzbiecie tego wielgachnego rumaka.
– Dasz radę, jak Ci się nie spodoba to zsiądziesz.
– Trzeba trzymać fason – pomyślałam – tym bardziej,
że niedaleko przysłuchiwali się naszej rozmowie inni
uczestnicy obozu… a wśród nich ktoś… no nieważne…
– Zgoda ale tylko kawałek- westchnęłam zrezygnowana.

Hanka wsadziła mnie na konia, jeszcze chciała udzielić
mi instrukcji ale nie zdążyła, bo koń zerwał się nagle
i pognał za końmi które znikały na zakręcie leśnej drogi.
Jedyną moją myślą, było za wszelką cenę utrzymać się
na grzbiecie i nie spaść. Jakimś cudem udawało mi się
to przez chwilę ale kiedy pogalopował wąską ścieżką
między drzewami, kiedy gałęzie boleśnie zaczęły smagać
mnie po twarzy i gołych ramionach wpadłam w panikę.
Wypuściłam z dłoni grzywę, której dotąd kurczowo
się trzymałam i przy następnym podskoku pofrunęłam…

Gdzie… dopiero po chwili dotarło do mnie, że miałam
wyjątkowe szczęście, bo wylądowałam na leśnym mchu
a nie pod kopytami. Ulga, którą wtedy poczułam, była
nie do opisania… z radości, gdybym mogła uściskałabym
Matkę Ziemię za to że stabilna i taaaaaaaaka miękka…

– Już nigdy więcej – pomyślałam – nigdy więcej!!!

TRZECIE PODEJŚCIE
No… może tą przygodę zostawię na następny post.

* * *

Poniżej, moja ukochana piosenka Włodzimierza Wysockiego
w wykonaniu Mirosława Czyżykiewicza. Warto posłuchać!!!


One są…

rysunek: Viola Małecka – Weronika

Kilka dni temu dostałam list od jednej z moich wychowanek ze Świetlicy
Socjoterapeutycznej w której pracowałam kilka lat temu. Moje kochane
dziewczyny… wzruszyłam się biorąc do ręki kopertę zaadresowaną ładnym,
kobiecym pismem. Ciągle mnie pamiętają, choć tyle lat minęło, wciąż piszą
i to właśnie te, które były najbardziej trudne, nieposłuszne i czasem nieznośne…

„Witam…Dziękuje bardzo za pozdrowienia i piosenkę którą Pani wysłała,
śliczna jest. Pani to jest jednak kochana, cały czas pamięta o nas.
Nigdy nie zapomnę tego, co mi Pani kiedyś powiedziała… A tak ogólnie
to wszystko dobrze, czeka mnie niedługo matura i egzamin na studia.
W szkole jest teraz bardzo ciężko… dużo nauki ale dam radę. Moja
najstarsza siostra Marta, pamięta ją pani, pomoże mi. Będę mogła u niej
mieszkać podczas studiowania, jeśli oczywiście wszystko się uda.
A co u Pani ? Czy Pani w ogóle przyjedzie kiedyś do nas, bo my tu już
całkiem zapomnimy jak Pani wygląda…”

Zamykam oczy, powoli cofam się w przeszłość… Obraz jest coraz
wyraźniejszy… już są: Kasia, Ewa, Sylwia, Julia, trzyletni Dominik,
braciszek Ewy… Zimą jest ich najwięcej, nie ma gdzie się schronić przed
zimnem, agresją domową, przed pijanym ojcem, mamą, nierzadko obojgiem.
W cienkich okryciach, zmarznięte, głodne już od godziny czatują pod świetlicą.
– Psze Pani, niech pani da klucze będzie szybciej…
Przez chwilę jeszcze przepychają się, żeby wbiec do pomieszczenia szybciej
niż inni, zająć kolejką do dwóch ledwie zipiących i ciągle naprawianych
komputerów. Powoli przychodzi reszta dzieci. Niektóre wpadają jak
burza z hałasem, trzaskaniem drzwiami, inne cicho z nieprzeniknionym
wyrazem twarzy. Wystarczy spojrzeć na skulone ramiona, zasłonięte
grzywą włosów oczy by wiedzieć… czy przespały spokojnie noc,
czy wrzaski rodziców na to nie pozwoliły, czy w szkole było w miarę…
bo dobrze to nigdy nie jest. Zaczyna się… Hałas, gwar, kłótnie przy stole
do tenisa, kto ma zagrać pierwszy, przy komputerach niewiele lepiej.
Trudno ogarnąć to wszystko, trzeba mieć oczy naokoło głowy i to nie dlatego,
że dzieci będą bardziej czy mniej grzeczne… Nie tutaj…Tu trzeba pilnować,
by któreś ze starszych nie wniosło alkoholu, trawki, czy jakiejkolwiek innej
używki. Trzeba patrzeć uważnie w ich oczy, czy niezamglone… i pilnować
komputerów. Kiedyś kilka godzin poświęciłyśmy z Danką na wyłuskanie z
plików, zakamuflowanego filmiku porno.

Moi mistrzowie manipulacji, za wszelką cenę chcący wzbudzić
zainteresowanie swoją osobą, nawet kosztem kilkudniowego wyrzucenia
ze świetlicy. Prowokują, zaczepiają, przeklinają, płaczą, krzyczą, czasem
wymyślają nieprawdziwe historie tylko po to by zaistnieć.
Idę do kuchni, dziewczynki przygotowują posiłek, nie ma tego za wiele,
zupy z puszek, niezbyt smaczne, chleb z dżemem, czasem jak bogaciej,
to frytki lub gofry… Staram się, by zjadły coś ciepłego. Wiem, że czasem
jest to ich ostatni posiłek, następny może być dopiero jutro w szkole.
W domu większość z nich nie dostanie nic, oprócz szturchnięcia,
kopniaka bo „gówniarz przeklęty” nie skombinował, nie ukradł i nie
przyniósł do domu nic… Czas w świetlicy biegnie szybko, za szybko.
Lekcje, potem zabawy w teatr, śpiewanie i taniec… to uwielbiają
najbardziej, dziewczyny oczywiście. Wychodzą do drugiej sali,
wymyślają „kroki”, wybierają muzykę i proszą widownię, by ich podziwiała,
bo najbardziej ze wszystkiego chcą być podziwiane. Podczas oglądania
biorę na kolana małą Basię, wtula się we mnie, jak gdyby chciała
schować się do środka, obok 5-letnia Ania ściska mnie mocno za rękę,
to skutek niedoboru miłości, bliskości i bezpieczeństwa.

Mam chwilę na kawę, niestety nie za długa. Julka prosi mnie o rozmowę.
– Słucham Julio, co się stało?
Wierci się chwilę, nie wie jak zacząć, wreszcie na wdechu, jakby szybciej
chciała mieć to za sobą, mówi:
– Niech Pani powie, czy ja jestem dziwka, k…a i szmata?
– O czym Ty mówisz?- pytam i już wiem, że będzie to trudna rozmowa.
– Tak mówi do mnie moja mama, ciągle.
Robi mi się niedobrze, jak mam to wytłumaczyć trzynastolatce dlaczego
tak się dzieje, wiem jednak, że muszę. Mówię jej, że to chore emocje,
że alkohol, brak pracy… Słucha, lecz wiem, że te argumenty jej nie
przekonują. Ona chciałyby zapewnień, że będzie lepiej, że nagle stanie
się cud i jej życie zmieni się wypięknieje. Czuję bezradność i niemoc.
-Nienawidzę jej, nienawidzę tej starej krowy- krzyczy
Próbuję ją uspokoić, przytulam, początkowo szarpie się, wyrywa,
potem cichnie i zaczyna płakać…
-Życie jest do d…y Pani Violu, do d…y!!!

Pocieszam ją jak mogę, rozmawiamy jeszcze chwilę, mówię, że nie ma
innej możliwości, musi się uczyć, to jedyna jej szansa na wyrwanie się
z tego środowiska. Zbliża się wieczór, powoli wychodzą, świetlica
pustoszeje, zostają Ci co zgłosili się do sprzątania. To właśnie jest
najbardziej zadziwiające, wszyscy chcą sprzątać, nawet najmłodsi.
Zachętą do tego są nie tylko cukierki lub czekolada ale odłożenie w
czasie chwili powrotu do domu, trudnego powrotu. Zamykam bramę,
podchodzi Kasia, Ewa i Julka z codziennym pytaniem… „możemy
panią odprowadzić”, no i odprowadzamy się, czasem i dwie godziny…
Małe szczebiotki, opowiadają mi miasteczkowe ploteczki, obśmiewają
chłopców, by ukryć fascynacje błękitną parą oczu chłopaka z naprzeciwka…

Wracam na swoje poddasze, nikną sylwetki dziewcząt, cichną ich głosy w
oddali… Spoglądam w dół na białą kartkę papieru, uśmiecham się widząc
wyraźny, zdecydowany podpis adresatki listu: – Pozdrawiam… Julka

* * *

Pati pamiętam jak to śpiewałaś. Zrobiłaś to równie pięknie jak ta dziewczynka.
Pamiętam też wzruszenie, które tak mocno ścisnęło gardło…